Sezon, którego nie było, i głosy, których nie pytasz o imię.

23 October 2026 0 By Ania Sokół

– Dosyć tego, to musi się skończyć!

Ze zdziwienia podskoczyłem. Tak dawno nie słyszałem głosu Stracha, że kawałek ciasta, który zamierzałem zjeść, zatrzymał się wraz z moją ręką gdzieś w połowie odległości między talerzem a ustami. Spojrzałem w kierunku, z którego dobiegał głos. Strach siedział w kącie, pomiędzy starą szafą a rogiem pokoju. Siedział tam prawie od dnia, w którym się pojawił, i wyglądał dosyć nędznie. Był kulką, niewielkim zlepkiem kurzu i kocich kłaków. Przeciągi przesuwały go niespiesznie od rogu ściany w kierunku szafy i z powrotem. Czasem przeciąg wciskał go pod szafę i leżał tam wiele dni, czekając, aż znów otworzę okno i drzwi balkonu, żeby go stamtąd wywlókł – jeszcze bardziej nędznego i zakurzonego.

– Zaniedbujesz mnie, dbasz tylko o Flow.

Właściwie miał rację. Zaniedbywałem go od samego początku, od dnia, w którym zostałem przez przypadek wspinaczem. Stało się to trzy lata temu. Było lato, któryś weekend sierpnia. Miałem wolną sobotę i zastanawiałem się, czy biegać, pływać, czy pojeździć na rowerze. Nie mogąc się zdecydować, pojechałem ze znajomymi w skały i żeby pod nimi nie leżeć, zrobiłem pierwszą drogę, potem drugą i trzecią. Wcale nie byłem pewny, czy tego chcę, ale stało się. Tego samego dnia w moim domu pojawiła się ta para: Flow i Strach. Nie zapraszałem ich ani nie zachęcałem, żeby zostali. Stanęli przede mną razem, jeden przyklejony do drugiego.

– Zostałeś wspinaczem i teraz my będziemy już zawsze z tobą, nie możesz się nas pozbyć.

Flow zamieszkała na parapecie, w doniczce z białą orchideą, która kwitła trzy razy w roku. Latem przenosiła się do ogródka, w którym wysiały się maki. Strach zamieszkał w kącie, obok szafy. Nie licząc dnia, w którym się pojawili i przedstawili, nigdy nie słyszałem, żeby ze sobą rozmawiali. Flow, skacząc po całym domu, najczęściej śpiewała na cały głos „Blue Velvet”, a Strach w ogóle się nie odzywał. Kilka razy zabrałem oboje w skały, ale Strach mnie denerwował. Wolałem wspinać się tylko z Flow, więc w końcu Stracha ostatecznie porzuciłem. Od tego czasu siedział w kącie i coraz bardziej zarastał kurzem. Z dnia na dzień zapomnieliśmy o nim – i ja, i Flow.

Z Flow dobrze mi się wspinało, dogadywaliśmy się we wszystkich tematach związanych ze wspinaniem. Wspinanie było miłym dodatkiem do moich pozostałych aktywności. Nie miałem wielkich ambicji, szukałem przyjemności. Przyjemny był dotyk ciepłej skały, zielona trawa pod nią. Jeśli akurat wspinaliśmy się w sektorach położonych nad wodą, wpatrywaliśmy się w sinoniebieskie fale i słuchaliśmy szumu morza. Wyspa była rajem dla wspinaczy i dla każdego, kto potrafił ją zrozumieć. Łatwe drogi mnie cieszyły i Stracha nie potrzebowałem; nie miałem potrzeby wykraczać poza strefę komfortu. Czysty zysk z porozumienia z Flow.

Aż do tego dnia, w którym spod szafy odezwał się Strach. Coś się w nim zmieniło od czasu, kiedy go ostatni raz widziałem. Kawałki kurzu opadły z niego i teraz podłoga wokół szafy była pokryta szarymi kłębkami. Resztki kurzu, które pozostały na Strachu, iskrzyły się, a małe, szare oczy patrzyły na mnie ze złością.

– Nie będę więcej siedzieć pod szafą.

Flow, która do tej pory skakała, zatrzymała się w pół skoku i zdziwiona spojrzała na Stracha.

– Nie rób tego, nie słuchaj go – rzuciła w moją stronę i zaraz schowała się w orchidei. Była już jesień i dwa miesiące temu przeprowadziła się z podwórka do doniczki.

– Jestem ci potrzebny – zakomunikował Strach, tym razem z bezczelną miną.

– Nie, nie jesteś – zamierzałem go zignorować i poczekać, aż znów wturla się pod szafę.

– Jestem.

– Do czego? – zwykła ciekawość skłoniła mnie do zadania tego pytania.

– Kiedy masz zawody? – chytra mina zastąpiła tę wcześniejszą.

Zawody miały się odbyć w maju, zaraz na początku sezonu wspinaczkowego. Nie chciałem brać w nich udziału, ale też nie chciałem pozostawić na lodzie mojej ekipy. Miały to być zawody drużynowe. Po tym, co dla mnie zrobili, nie mogłem im odmówić. Miałem do spłacenia dług. Niestety mój poziom wspinaczkowy pozostawał na poziomie, który wypracowałem z Flow, a moja ekipa oczekiwała ode mnie czegoś więcej. Z Flow wyznawaliśmy zasadę „Przyjemność Ponad Wspin” i na tę okoliczność używaliśmy hasła „Cyfra to ściema”. Niestety nikt z mojej drużyny nie podłapał naszego stylu wspinania i nikt, poza nami oczywiście, nie używał ułożonego przez nas hasła.

– Wiem, czego potrzebujesz – tym razem mina Stracha była triumfująca. – Musisz wyjść ze strefy komfortu i do tego JA jestem ti potrzebny, a nie Flow.

– Czyżby? – postanowiłem z nim jednak chwilę porozmawiać.

– Tak. Mam propozycję. Zajmiesz się mną do czasu zawodów, a ja zajmę się tobą. Będziesz numerem jeden dla swojej drużyny, staniesz się mocnym wspinaczem i będziesz robić CYFRĘ.

Na dźwięk słowa „Cyfra” zamarłem. To było sprzeczne z moimi i Flow zasadami. Strach o tym wiedział, ale wyraźnie miał gdzieś moje uczucia.

– Zawrzemy pakt. Będziesz ze mną, będziesz się bać i wychodzić ze strefy komfortu, oswoisz mnie, ale zanim to się stanie, będę twoim nieodłącznym towarzyszem. Będziemy jeździć w skały – tylko ty i ja. Tylko do czasu zawodów. Potem zabierać będziesz znowu Flow, a ja wrócę pod szafę. Twoja drużyna będzie najlepsza, a ty zostaniesz doceniony i spłacisz swój dług.

Trafił w mój czuły punkt. To tylko kilka miesięcy. Mógłbym spróbować. Spłacony dług i wdzięczność drużyny – tylko ta Cyfra, niewygodna i uwierająca jak kamień w bucie. Musiałbym się jej podporządkować i oswoić Stracha. Już sama myśl o wychodzeniu ze strefy komfortu powodowała szybsze bicie mojego serca.

– Dobrze.

Sam nie mogłem uwierzyć w słowo, które wydobyło się ode mnie.

– Zawrzemy pakt.

– Słuszna decyzja.

Tym razem głos Stracha był rzeczowy jak głos mojego szefa.

– Od jutra zaczynamy ćwiczyć. Ułożyłem już plan treningowy. Codziennie po pracy będziemy robić trening mentalny, a w weekendy trening praktyczny w skałach lub – gdy pogoda będzie zła – na panelu.

Była niedziela. W poniedziałek po pracy wróciłem do domu. Nie zdążyłem nic nawet zjeść, a już Strach pojawił się przede mną. Jego oczy błyszczały bardziej niż wczoraj, resztki kurzu odpadły. Nakarmiłem kota, odkurzyłem podłogę i zaczęliśmy trening mentalny. Strach wymyślał drogę wspinaczkową, opisywał jej trudności, koncentrując się na poszczególnych fragmentach: od wpinki do wpinki, dojście do stanowiska, zjazd. Moim zadaniem było wizualizowanie sobie poszczególnych problemów, rodzajów chwytów, ustawień ciała, szukanie stopni. Odległości między wpinkami były niezbyt duże, trudności tylko trochę większe niż podczas moich wspinaczek z Flow. To mnie nieco uspokoiło. Do czasu.

Weekend był ładny, więc pojechaliśmy w skały. Moja drużyna była zaskoczona, gdy zaproponowałem poprowadzenie pierwszej drogi. Dotknąłem skały suchymi palcami. Skała miała przyjemną, pomarańczową barwę, dużo krawądek i niewielkich rysek. Pierwsze metry przeszedłem lekko, zapomniałem zupełnie o Strachu. Im wyżej, tym odległości między wpinkami robiły się większe. Między czwartą a piątą wpinką poczułem ten moment, którego tak bardzo zawsze unikałem – moment wychodzenia ze strefy komfortu. Byłem gdzieś w połowie odległości między przelotami, nie mogłem się już wycofać. Zejście byłoby trudniejsze niż pójście do góry. Nie mogłem znaleźć kolejnego chwytu, stopy nie miały dobrego oparcia. Lewa łydka drżała, czułem, jak palce się pocą, a prawa ręka, którą trzymałem niezbyt pewny chwyt, zaczęła się ześlizgiwać. Strach był ze mną, czułem jego sapiący oddech, a jego zachwycone, coraz większe oczy mnie pożerały. Z wielkim wysiłkiem ustawiłem lewą stopę pod innym kątem, napiąłem mięśnie brzucha i lewą ręką sięgnąłem do krawądki, nie mając pewności, czy ją utrzymam. Utrzymałem, ale byłem mokry ze strachu i wysiłku. Stanąłem na jakimś pewniejszym stopniu i żeby mieć to już za sobą, ruszyłem do wpinki. Wyjście ponad kolejną wpinkę zrobiłem tylko na metr. Strach mnie tak sparaliżował, że nie byłem w stanie się ruszyć. Z drżącą nogą zszedłem ten metr i jeszcze pół metra poniżej wpinki.

– Bloooook, na dół!

Mój partner szybko mnie opuścił i z ulgą postawiłem stopę na pewnym gruncie.

– Co się stało? – Zdziwienie pomieszane ze współczuciem mojego partnera przyprawiło mnie o mdłości. Nadal się trząsłem, tym razem ze złości.

– Strach mnie sparaliżował – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – Nie chcę już dzisiaj prowadzić żadnej drogi. Pójdę na wędkę.

Wściekłość i ulga mieszały się ze sobą. Strach odpuścił, czułem tylko jego satysfakcję.

W poniedziałek poszedłem do pracy zmęczony i zniechęcony. Wróciłem po piątej do domu. Dzień był słoneczny i zachodnie światło wlewało się do mieszkania, ale było w nim coś, co zatrzymało mnie w progu. Na szybie okna w salonie przyklejony był Strach. Ze starego, zakurzonego Stracha nic nie zostało. Miał teraz postać zbudowaną z czarnej plazmy, której fragmenty poprzyklejane były na wszystkich meblach i podłodze, na całym odcinku szafa – okno.

– Na to się nie umawialiśmy!

Dałem jeść kotu i wściekły zabrałem się za szorowanie. Nie znoszę brudu i bałaganu. Nie jestem w stanie żyć w chaosie, w mieszkaniu, w którym rzeczy żyją własnym życiem. Kawałki plazmy nie chciały się dać łatwo zdrapać. Po godzinie szorowania opadłem na kanapę.

– Do roboty – Strach tymczasem zsunął się z okna i umościł przed kanapą. Miał wyraźnie większe oczy niż przed weekendem. – Dziś będziemy ćwiczyć loty.

Loty. Nigdy nie latałem. Od kiedy zacząłem się wspinać, nigdy nie odpadłem. Wspinałem się tak, żeby nie odpadać. Kilka lat wspinania i żadnego lotu nigdy nie zaliczyłem. Byłem podejrzanym wspinaczem, bez żadnego doświadczenia w lataniu. Moi koledzy wspinali się, skupiając się na celu; nie myśleli o tym, że ceną może być odpadnięcie i lot. Robili postępy, ja tkwiłem nadal w tym samym miejscu. Nie przeszkadzało mi to zupełnie, ale Strach miał inny pogląd na kwestię latania.

– Jesteś już wysoko nad przelotem, nie masz dobrego chwytu, próbujesz coś złapać, ale chwyt jest obły, nie dajesz rady go utrzymać, a noga ześlizguje się ze stopnia. Lecisz.

Strach w oczach – o to tu chodzi. Widzę to: wielką lufę pod nogami i czuję świst powietrza. Czy przelot wytrzyma? To wszystko dzieje się tylko w mojej głowie, ale trzęsę się i pocę, nogi uginają się podemną. Nie jestem w stanie wykrzesać słowa. Strach jest zadowolony. Jego oczy błyszczą i robią się jeszcze większe.

– No, dosyć na dzisiaj. Idź spać. W weekend zrobimy ćwiczenia praktyczne.

Mam spać, ale w nocy nie mogę już zasnąć. Od kiedy zawarłem umowę ze Strachem, noce stały się równie koszmarne jak dni. Po dwóch godzinach kręcenia się po łóżku zasypiałem, ale Strach siadał mi na klacie. Budziłem się zlany zimnym potem i za każdym razem miałem wrażenie, że wielki ciężar leży na mnie, a ja nie mogę oddychać. Rano, poturbowany nocą, zwlekałem się z łóżka i z podpuchniętymi oczami pełzłem w kierunku łazienki.

W pracy nie mogłem się skupić. Mój szef patrzył na mnie z wyrzutami w oczach pomieszanymi ze zdziwieniem. Byłem sumiennym pracownikiem, nigdy nie spóźniałem się do pracy. Bardzo rzadko zdarzało się coś naprawdę niespodziewanego i ważnego, więc nie musiałem się tłumaczyć, opowiadając o korkach, spóźnionych autobusach czy chorych dzieciach (których nie miałem) – zawsze byłem w pracy pierwszy. Praca sprawiała mi przyjemność i nie męczyła mnie. A teraz stawałem się marnym dublerem Edwarda Nortona.

Któregoś listopadowego dnia wróciłem do domu nieco wcześniej. Było jeszcze jasno, ale Strach urósł już tak, że niewiele światła wpadało przez okno. Czarna plazma zasłaniała widok na drzewo i podwórko za oknem. Spojrzałem na orchideę. Od dawna jej nie podlewałem i liście nabrały brązowej barwy, resztki zaschniętych różowych kwiatów leżały na podłodze. Flow, gdzie jest Flow? Zapomniałem o niej, zapomniałem o Flow! Rozpacz spowodowała skurcz serca i żołądka. Nagle uświadomiłem sobie, że od dawna nie słyszałem jej wesołego głosu.

– Gdzie jest Flow?

Strach spojrzał na mnie z politowaniem: – Flow wyniosła się już dawno temu. Miała za mało światła i uwagi. Próbowała jakiś czas jeszcze śpiewać, ale sparaliżowany strachem, nie słyszałeś jej.

– Przecież jest jesień, nie ma maków za oknem.

– Orchidei też już nie ma – Strach rozwiał resztki mojej nadziei.

– Gdzie poszła?

– Nie wiem, nie pytałem. Powiedziała, że się dusi w atmosferze przesyconej mną i nic tu po niej. Prosiła, żebym ci przekazał wiadomość, że życzy ci szczęścia podczas zawodów, ale mieliśmy mnóstwo pracy i zapomniałem o tym.

Patrzyłem na kwiaty leżące pod parapetem. Moje łzy kapały prosto na zeschnięte różowe płatki, ale one pozostały martwe i nieczułe. Po Flow nie pozostał najmniejszy ślad.

Po tym, jak uświadomiłem sobie nieobecność Flow, Strach zrobił się jeszcze większy i pewniejszy siebie. Zdrapywanie czarnej plazmy zajmowało mi już dwie godziny dziennie. Przez dwadzieścia cztery godziny na dobę czułem oddech Stracha na plecach. Strach ściskał mi też gardło i chociaż starałem się jeść zdrowo, żeby utrzymać odpowiednią wagę potrzebną do startu w zawodach, mało co byłem w stanie przełknąć. Zamiast trzymać wagę, zacząłem ją tracić. Na początku było to nawet korzystne, miałem do dźwigania mniej kilogramów. Były chwile, że czułem się lekko i wydawało mi się, że mój poziom wspinania znacznie się podniósł. Koledzy byli zadowoleni, bo prowadziłem większość dróg. Strach kazał mi odpadać, więc odpadałem. Właściwie było mi już wszystko jedno. Bez Flow wspinanie stało się już tylko smutnym obowiązkiem – straciłem Flow i straciłem całą przyjemność, jaką miałem ze wspinania.

Strach potrzebował mnie i dzięki mnie rósł. Zajmował już prawie całą powierzchnię szyby, przez co mało światła wpadało do wnętrza mojego mieszkania. Strach był zadowolony – w całkowitym przeciwieństwie do mnie.

Zaczął się Nowy Rok. W pracy zacząłem mieć poważne kłopoty i zastanawiałem się, ile jeszcze mój szef wykaże cierpliwości w stosunku do mnie. Byłem permanentnie niewyspany, co wpływało znacząco na moją wydajność. Praca, którą zazwyczaj wykonywałem w trzy godziny, teraz zajmowała sześć. Jeżeli coś mnie ratowało, to to, że brakowało chętnych do pracy.

Stałem się zuchwały. Na początku stycznia zrobiłem coś, co nawet Strach uznał za przegięcie. Otóż wpadłem na pomysł żywcowania. Ja, który bałem się odpadać trzydzieści centymetrów nad wpinką. Pomysł ten wpadł mi do głowy zupełnie nagle. Wspinaliśmy się w sektorze wewnątrz Wyspy, w górach. Droga była pionowa, może szóstkowa, ale miała dosyć obłe chwyty. Były momenty, w których skała była krucha, więc istniało również ryzyko odpadnięcia wraz ze skałą. Byłem może dziesięć metrów nad ziemią, nikt tego nie widział, bo schowałem się za załomem, gdy Strach nakazał mi natychmiast zejść. Tym razem to on był wściekły.

– Co ty sobie myślisz?! W umowie nie było mowy o żywcowaniu! Martwy do niczego mi się nie przydasz!

Sapał, biegał i pluł dookoła jadem. Chociaż raz poczułem, że mam nad nim jakiejś przewagi. Więcej nie próbowałem jednak w taki sposób go załatwić. Ja również nie miałem interesu w umieraniu wskutek czegoś takiego jak wspinanie. Byle do zawodów, a potem może wróci wszystko do poprzedniego stanu. Może wróci Flow. Tęskniłem za nią rozpaczliwie. Kupiłem nawet nową orchideę, którą postawiłem w drugim oknie, w którym nie było jeszcze Stracha. Podlewałem i nawoziłem ją raz w tygodniu i gadałem do niej codziennie, mając nadzieję, że Flow w końcu wróci, a kwiat mi w tym pomoże.

Niestety na inne domowe zajęcia nie miałem już siły. Zdrapywanie czarnej plazmy stało się udręką. Czarna plazma zakleiła całkowicie okno, bo Strach zajmował teraz większą część przestrzeni w moim niewielkim mieszkaniu. Tylko kot, fukając i prychając, potrafił sobie zapewnić trochę miejsca w kącie między szafą a ścianą, bo Strach kociego fukania nie lubił.

Ta część roku, następująca po Nowym Roku, była zazwyczaj najbardziej nieprzyjemna. Wyspa otulała się lepką mgłą, wilgoć oblepiała ciała, ubrania, ściany domów, wciskała się we wszystkie kąty. Oblepiała dusze ludzi i zwierząt. Nie mogąc się przed nią bronić, żywy świat stawał się ospały, powolny i leniwy. Wyspa odpoczywała. Strach rósł.

Nie mogłem już nawet mieć nadziei, że ciepło wiosny zatrzyma Stracha. On był ponad porami roku, ponad prawem Wyspy, ponad każdym, kto się do niego zbliżył. Paraliżował, obezwładniał i zwalał z nóg każde żywe stworzenie, które nieopatrznie zbliżyło się do niego. Jeśli raz złapał ofiarę, nie puszczał jej. Omotana ofiara, niczym mucha w sieci pająka, czekała na swoją zagładę. Flow wiedziała o tym, była radością – czystą i niezmąconą. Uciekła i nie mogłem mieć do niej pretensji. Próbowała mnie ostrzec, uratować. Byłem głupi i naiwny. Musiałem sobie poradzić sam albo zginąć, uduszony przez Stracha.

Z każdym dniem ubywało mi sił. Bezsenne noce, kęsy jedzenia, które stawały w gardle, i wieczna obecność Stracha – to była moja codzienność. W zamian nie miałem nic, bo marzenie o wygraniu zawodów stało się odległe jak Antarktyda. Byłem słaby, moja forma wyparowała niczym letni deszcz podczas upałów. Zostałem oszukany. Mój zespół wspinaczkowy chyba też przestał już na mnie liczyć. Koledzy spotykali się na treningach trzy razy w tygodniu. Jeśli była dobra pogoda, jeździli w skały. Na Wyspie nie brakowało słonecznych sektorów – takich, które nawet po mocnym deszczu szybko wysychały. Czasem jeździłem z nimi, mając nadzieję, że dotyk ciepłej skały przypomni mi o Flow. Wspinałem się, ze Strachem przy boku, po łatwych drogach; trudne zostały poza moim zasięgiem. Flow, jak należało się spodziewać, nigdzie nie spotkałem.

Czas zawodów zbliżał się nieubłaganie szybko. Nic już nie mogłem zrobić i czekałem na dzień, w którym koledzy przekażą mi wiadomość, że nie mogę z nimi startować w jednej drużynie. Nie mógłbym mieć do nich pretensji – tak samo, jak nie mogłem mieć pretensji do Flow. Kontraktu ze Strachem też nie mogłem zerwać. Musiałem z nim zostać do maja.

Pewnego dnia na Wyspie pojawiła się wiosna. Dni zrobiły się mniej oślizgłe od wilgoci. Ludzie i zwierzęta strząsnęli z siebie resztki zimowego letargu i zwrócili swoje oczy ku słońcu.

Czarną plazmą zaklejone były oba okna w moim mieszkaniu, żadne promienie słońca nie mogły się już przez nie przebić. Wyniosłem orchideę przed dom, żeby ona chociaż miała trochę światła, tak bardzo potrzebnego do życia. Liczyłem też na to, po cichu zupełnie, że Flow gdzieś krąży i kwiaty orchidei zachęcą ją do powrotu, ale wiosna była już wszędzie i wszędzie na Wyspie kwitły kwiaty. Flow mogła być też wszędzie – z dala od Stracha i ode mnie. Plazma była bardzo gęsta i jeszcze bardziej lepka niż jesienią. Nie dawała się zdrapywać. Zresztą nie miałem siły, żeby czyścić okna w moim mieszkaniu. Czasem tylko wydłubywałem małą dziurkę, przez którą przebijał się nieśmiało promień słońca. Moja praca była syzyfowa, bo już na drugi dzień to miejsce zaklejone było jeszcze bardziej lepką i gęstszą masą. Strach był silniejszy. Wiosna i jemu jakby nadała mocy. Strach powinien żyć w ciemnościach, a on żył sobie dobrze w jasnych promieniach słońca, w kwitnących kwiatach i w ciepłej skale. Rozpanoszył się i nabrał masy. Już nawet kot zrezygnował ze swoich kocich przywilejów: siedział pod szafą i wychodził na chwilę tylko po to, żeby coś zjeść ze swojej miseczki i skorzystać z kuwety.

Straciłem wszelką nadzieję. Ja, człowiek pogodny i radosny, stałem się własnym cieniem, pozbawiony chęci do walki i działania. Trwałem jedynie, żałośnie i niepewnie, czekając na maj i koniec udręki. Aż do tego dnia, gdy…

Była połowa marca. Wracałem z pracy niewyspany i słaby jak niemowlę, zmagałem się z bólem głowy, który był odpowiedzią mojego organizmu na brak snu, który fundowałem mu od kilku już miesięcy. Stan codziennie się pogarszał. W połowie drogi łapał mnie strach przed spotkaniem ze Strachem w moim mieszkaniu. Był to inny strach – wyhodowany przeze mnie, czyli nie taki, który pojawił się prawie cztery lata temu razem z Flow, nieproszony, w dniu, w którym zostałem wspinaczem.

Zanim nacisnąłem klamkę w drzwiach wejściowych, zrozumiałem, że coś się zmieniło. Strach, który mi towarzyszył w drodze z pracy, stracił swój ciężar, a ja dziwnie lekkim krokiem wszedłem do mieszkania.

Plazma była wszędzie: na podłodze, meblach, ścianach i suficie. Rozproszona i rozpadnięta – efekt po wybuchu bomby wyglądałby tak samo. Na środku mieszkania, obok doniczki z orchideą, na podłodze siedziała Flow.

– Nie patrz tak, trzeba to posprzątać. Stracha już tu nie ma. Wiedziałam, że był już zbyt wielki, więc wróciłam, żeby go zniszczyć, ale właściwie nic nie musiałam robić. Masa sama go przerosła – zobaczył mnie i pękł z hukiem. Do maja zdążymy jeszcze zrobić formę. A teraz do roboty, musimy skończyć przed zachodem słońca.

Flow wcisnęła mi szczotkę do ręki, a sama, nucąc całkiem głośno „Blue Velvet”, zabrała się za czyszczenie okien.

Posłowie:

Pomysł opowiadania powstał na Sardynii. Podczas pobytów na Wyspie prowadzimy niekończące się rozmowy z Agnieszką i Mariem o Flow i Strachu – parze, która jest nierozerwalnie związana ze wspinaniem.

Formę i klimat tekstu zainspirowała proza azjatycka wydawana przez wydawnictwo Tajfuny.

listopad 2024 – grudzień 2025

Ania Sokół