Abruzja 2026 – W poszukiwaniu cienia w Gran Sasso i Majelli (Dziennik z podróży)
Abruzja w pigułce – 9 dni w cichych Apeninach
Trasa i termin: 14–23 sierpnia 2026 r. | Wrocław – Pescara – Civitella Casanova – Campo Imperatore – Ortona – Comino (Majella) – Pennapiedimonte – Chieti.
- Dzikie góry i ferraty: Wyjazd obfitował w spektakularne trasy – od rozległego płaskowyżu Campo Imperatore, przez próbę (częściowo zadanie zrealizowane poprzez wejście Jacka na szczyt) wejścia na Corno Grande trasą Via Direttissima, po udane przejście całej ekipy Ferraty Ricci z wejściem na szczyt Vetta Orientale (2903 m n.p.m.). Pozostałe ferraty, które przeszliśmy to Bertona i Bafile.
- Niezwykłe miejsca noclegowe: Bazy w klimatycznej Masseria Spadone i Casa Cristina pozwoliły poznać prawdziwą, gościnną Italię z dala od komercji.
- Lokalna kuchnia: Smakowanie najlepszych w regionie arrosticini (szaszłyków z jagnięciny) oraz wykwintna kolacja w restauracji Grotta, której część wnętrza wykuto w skale.
- Urokliwy Park Narodowy Majella: Trekking chłodnym wąwozem do ukrytego w skale kościółka Eremo di San Bartolomeo in Legnio oraz wizyta w miasteczku Pennapiedimonte spektakularnie zawieszonym na skałach.
- Historia i kultura Chieti: Zwiedzanie miasta oraz Muzeum Archeologicznego ze słynną rzeźbą Wojownika z Capestrano z VI w. p.n.e.
Abruzja to idealny kierunek dla poszukujących surowych krajobrazów górskich, braku tłumów i autentycznej włoskiej gościnności. W Abruzji nie ma nic sztucznego ani udawanego. Jeżeli coś jest piękne lub brzydkie, to takie po prostu takie jest.
– Gdzie jest Abruzja ?
Trasa: Wrocław – Pescara – Civitella Casanova – Campo Imperatore – Ortona – Comino (Majella) – Pennapiedimonte – Chieti
Czas trwania: 14–23 sierpnia 2026 r.
Część I: Civitella Casanova i Masyw Gran Sasso
14.08.2026 (Piątek) | Wylot z Wrocławia i pierwsze wrażenia z Pescary
Wylot z Wrocławia do Pescary o godzinie 8:50. Abruzja – już sama nazwa niezwykle kusi! Wszystko za sprawą kwartalnika Italia mi piace oraz książki Piotra Kępińskiego W cieniu Gran Sasso. Apeniny są mniej znane niż popularne Dolomity, co tylko dodaje im niesamowitego uroku. Kto wie gdzie jest Abruzja ?

Gdzie jest Abruzja, gdzie jest Pescara ?
Lądujemy w Pescarze. Na lotnisku dopadają nas drobne problemy z wypożyczalnią – chcą wyciągnąć od nas dodatkową kasę za ubezpieczenie auta, mimo że Jacek wykupił i opłacił pełny pakiet ubezpieczenia jeszcze w Polsce. Ponieważ zameldowanie w naszej agroturystyce Masseria Spadone mamy dopiero od godziny 15:00, ruszamy na plażę na północ od miasta.
Ciepło? „Bardzo gorąco” to mało powiedziane! Woda w Adriatyku w niczym nie przypomina tej z zimnego Bałtyku. Razem z Jackiem siedzimy w cieniu (nie mogłam wygrzebać stroju kąpielowego z naszej wielkiej torby), podczas gdy Aga i Iwona chłodzą się w wodzie. Pływać się jednak nie da – prąd jest wyjątkowo silny. Brak tu dzikich plaż, każdy skrawek wybrzeża zastawiony jest parasolami. Jesteśmy niewyspani, więc początkowo nie wszystko od razu przypada nam do gustu.
Do naszej bazy wypadowej, położonej w głębi lądu „w środku niczego”, mamy około godziny jazdy. Dostał nam się dziwny chiński SUV – duży, ale posiadający zaledwie 117 KM, przez co ledwo ciągnie pod górę na stromych serpentynach.
- Masseria Spadone – Il meglio dell’agriturismo in Abruzzo. I to szczera prawda! Wokół rozciągają się winnice i gaje oliwne. Stary, niedawno odnowiony dom oferuje zachwycający widok na okoliczne góry. To rodzinny biznes prowadzony przez Barbarę i jej męża, a na miejscu mieszkają również jej rodzice.

Masseria Spadone, wsród winnic i gajów oliwnych, z dala od cywilizacji, w sercu Abruzji.
Do miasteczka Civitella Casanova z naszej agroturystyki jest zaledwie parę minut. Trafiamy tam na lokalny bieg „Ekologiczny” – bierze w nim udział może z 16 osób, mających do pokonania 3 pętle w miasteczku (łącznie 9 km).
Tej nocy śpimy snem kamiennym.
15.08.2026 (Sobota) | Ferrata Bertona na Monte Bertona
Dzisiaj we Włoszech przypada święto (Ferragosto) – wszystko wokół jest zamknięte. Na szczęście nocleg mamy ze śniadaniem, więc głód nam nie grozi.
W pobliżu znajduje się Ferrata Bertona na Monte Bertona (1110 m n.p.m.), oddalona o około pół godziny jazdy z naszej bazy. To nowa droga ubezpieczona z 2021 roku. Sama ferrata oferuje około 140 m przewyższenia, trochę drabinek, chwilami lekką przewieszkę, ale prowadzi w cieniu – na upalny dzień to całkiem dobra opcja z krótkim zejściem.

Bertona, na ferratowy rozruch idealna.


Po południu czas na zasłużoną siestę i leżakowanie w ogrodzie. Pijemy wino, korzystamy z ogrodowego jacuzzi, a w pokojach ratują nas wiatraczki podsufitowe. Od przemiłych gospodarzy dostajemy w prezencie kolejną butelkę wina. Rano budzi nas donośne pianie kogutów.
16.08.2026 (Niedziela) | Campo Imperatore, Ferrata Bafile i przygoda na Corno Grande
Ruszamy na Campo Imperatore (2130 m n.p.m.) – ogromny płaskowyż w sercu masywu Gran Sasso. Dojeżdżamy tam wąskimi serpentynami, po których nasz chiński SUV pnie się jednak całkiem dzielnie. Przestrzeń jest niesamowita – Gran Sasso przed nami, za nami i dookoła, z kapitalnym widokiem na Corno Grande. Na hali pasą się krowy i stada kamperów.

Rozległość Campo Imperatore robi wrażenie. To najwyżej położony płaskowyż w Apeninach. Ma około 8km szerokości i 27km długości.
Parkujemy przy stacji kolejki krzesełkowej. Stąd czeka nas 20 minut podejścia pod obserwatorium, gdzie znajduje się właściwy start szlaku.

Obserwatorium na Campo Imperatore. To miejsce gdzie jest nieco więcej turystów. Również miejsce historyczne (tutaj miała miejsce operacja wojskowa Eiche, podczas której został uwolniony przez Niemców Mussolini).

Mozolnie, za to w spektakularnych okolicznościach przyrody, idziemy w kierunku ferraty Bafile.

Podejście pod Ferratę Bafile jest długie i męczące. Brak cienia robi swoje, tylko chwilami łapiemy lekki wietrzyk. Sama ferrata nie należy do trudnych – to w zasadzie trawers południowej ściany Corno Grande z jednym bardziej stromym podejściem i przejściami przez piargi. Ferrata nie wyprowadza na żaden szczyt, lecz kończy się przy schronie biwakowym Bivacco Bafile na wysokości 2669 m n.p.m.





Czerwonego baraku biwakowego jednak nie zastaliśmy – w 2024 roku został zabrany helikopterem do remontu. Został po nim jedynie fundament, na którym siedział włoski wspinacz czytający książkę (zrobił nam parę pamiątkowych zdjęć). Oprócz niego po drodze spotkaliśmy zaledwie cztery osoby.

Koniec ferraty Bafile i szlaku. Miejsce, gdzie kiedyś stał czerwony schron a teraz został tylko fundament.
Wracamy tą samą drogą do początku ferraty, skąd odbija szlak na Corno Grande (Vetta Occidentale, 2912 m n.p.m.). Miejsce to jest charakterystyczne ze względu na potężny blok skalny Il Sassone (ok. 2560 m n.p.m.).
Trasa na szczyt to słynna Via Direttissima (trudność I i I+). Czas wejścia wynosi około 1–1,5 godziny. Ze szczytu można też zejść tzw. Drogą Normalną, o czym w tamtym momencie jeszcze nie wiedzieliśmy. Decyzja o wejściu zapada spontanicznie – wydaje się, że do szczytu jest już bardzo blisko. Jest godzina 15:00. Droga ma charakter wybitnie wspinaczkowy: progi skalne, rysy, kominy. Dochodzimy do jednej szczególnie wymagającej rysy. Po prawej stronie znajduję wariant z większą liczbą stopni i chwytów.
Potem robimy trawers w lewo do właściwej drogi. Jacek uciekł do przodu i jest już znacznie wyżej, Agnieszka kawałek za nim. Iwona potrzebuje odpoczynku, więc zostajemy nieco w tyle. Za nami szybko wspina się włoska para – chłopak i dziewczyna, ewidentnie wspinacze. Idą bez kasków (chłopak ma kask przypięty do plecaka). Iwona zwraca im uwagę, że teren jest kruchy i może na nich zrzucić kamienie. Puszczamy ich przodem – prawie biegną.

Początek “Direttisimy”. Jeszcze nie wiemy, że dalej będzie dużo trudniej.


Rysa, której trudność na pewno odbiega od trudności spotykanych na nieubezpieczonych szlakach. A z ciekawostek – tutaj wszystkie szlaki są zaznaczone jednym czerwonym kolorem.
Pokonujemy komin i wychodzimy na niewielką przełączkę na wysokości 2785 m n.p.m. Teren na chwilę się wypłaszcza, po czym znowu zaczyna piąć się do góry po skalnych progach. Jacka już nie widać, Agnieszkę dostrzegam tylko przez moment, zanim znika za załomem skalnym. Nasze siły są na wyczerpaniu – strome podejście i skwar zrobiły swoje.

Niebo robi się granatowe, słychać pomruki burzy. Zdjęcie zrobione przez Jacka ze szczytu.
Pogoda zaczyna się gwałtownie psuć – na lewo od Campo Imperatore niebo robi się granatowe. Do szczytu brakuje jeszcze trochę metrów, ale zejście tą samą drogą będzie znacznie trudniejsze niż wejście. Po deszczu schodzenie po mokrej skale w tym terenie graniczyłoby z cudem. Dzwonię do Agnieszki i podejmuję decyzję: wycofujemy się. Iwona ma dość, ja też, więc to jedyny słuszny krok.
Musimy bardzo uważać – każdy ruch na zejściu jest mocno przemyślany. Coraz bardziej granatowe niebo mocno nas niepokoi. Omijamy trudną rysę w tym samym miejscu, co na podejściu. Pokonanie dolnego odcinka okazuje się równie wymagające. Nagle dostrzegamy Agnieszkę – nie dotarła do szczytu, widząc zbierającą się burzę, również podjęła decyzję o odwrocie.
Jacek został na górze sam. W górach nie ma zasięgu, więc nie możemy się z nim skontaktować. Bardzo się denerwuję – nie powinniśmy się rozdzielać w trudnym terenie.
Schodzimy do punktu Il Sassone. Czekamy w niepewności. W końcu dostrzegam machającego z góry Jacka – ma czerwoną kurtkę, więc dobrze go widać. Stąd schodzimy już razem po piargach. Burza na szczęście przeszła bokiem. Około godziny 18:00 docieramy do samochodu.
- Podsumowanie drogi: Z miejsca, z którego zawróciłyśmy, do szczytu Vetta Occidentale zostało nam ok. 127 m przewyższenia. Agnieszka zawróciła ok. 50 m przed wierzchołkiem. Grupowo zadanie zostało wykonane dzięki Jackowi! Od Il Sassone podeszłyśmy z Iwoną 225 m (z Il Sassone na szczyt jest 352 m różnicy poziomów).

Vetta Occidentale, wyżej w Apeninach już się nie da.
Na kolację zdążyliśmy bez problemu. Zamawiamy stolik na każdy kolejny dzień w lokalnej Sauloon Ristorante. Język włoski bardzo się przydaje – w Abruzji angielski należy do rzadkości, ale używając prostych zwrotów po włosku, bez problemu można się dogadać.
17.08.2026 (Poniedziałek) | Płaskowyż Voltigno
Śniadania na zewnątrz pod zadaszeniem są cudowne. Proste, lokalne jedzenie: chleb, szynka, jajecznica z jajek od tutejszych kur, zimna woda i kawa bez limitu. Większość gości trafiających do agroturystyki to Włosi wpadający na 1–2 dni.
Jest gorąco. Jedziemy na płaskowyż Voltigno (Voltigno Park) położony na wysokości około 1400 m n.p.m.
Znajdujemy tu bukowy las – jest wyżej, więc mamy cień i przyjemny chłód. Idziemy przez łąki i pastwiska z mnóstwem krów – w całej okolicy niesie się kojący dźwięk ich dzwonków. Odpoczywamy w cieniu pod drzewem. To teren, na którym żyją dzikie niedźwiedzie abruzyjskie (na parkingu wita nas tablica po angielsku: „Prędkość zabija niedźwiedzie”). Spotykamy też sporo cyklistów, którzy, jak wynika z napisu, próbują zabijać niedźwiedzie przy pomocy prędkości 😉

Sielskie klimaty płaskowyżu Voltigno. W skwarne dni, ze względu na wysokość, jest tu bardzo przyjemnie.
W trakcie spaceru znów słychać pomruki burzy. Gdzieś obok pada, ale opady po raz kolejny nas omijają – spada zaledwie parę kropel deszczu, wzbijających małe tumany kurzu na szutrowej drodze. Cała nasza trasa liczyła około 10 km i 300 m przewyższenia.
Wieczorem idziemy na kolację do miasteczka pieszo (ok. 2,5 km w jedną stronę), czym budzimy ogromny podziw naszych gospodarzy. Po drodze natykamy się na drzewo figowe pełne dojrzałych, niezwykle soczystych i słodkich owoców.
Co wieczór robimy rezerwację w Sauloon na następny dzień. Miasteczko nie jest turystyczne, więc nasza obecność wzbudza ogólne zaciekawienie. Noce są równie gorące jak wieczory a po słonej włoskiej kolacji ciągle chce się pić.
18.08.2026 (Wtorek) | Dzień lenistwa i mistrzowskie arristocini
Prognozy pokazują popołudniowe burze, więc urządzamy sobie dzień lenistwa.
W ogrodzie agroturystyki wypoczywa się cudownie: leżakujemy pod drzewami, pijemy wino, jemy oliwki i lokalne sery oraz czytamy książki. Kot gospodarzy upolował jaszczurkę – wcześniej się nią bawił i niestety nie udało się jej uratować. Otoczenie domu jest niezwykle urokliwe – mnóstwo zieleni, na środku placu przed domem rosną dwa potężne dęby, a wszędzie stoją donice z roślinami.
Śniadania codziennie są proste i pyszne: chleb, jajecznica, szynka, ser, kawa bez ograniczeń i ciastka przypominające miękkie cantuccini.

Widok z naszego okna w Masseria Spadone na Bertonę (to ten charakterystyczny czubek).

Droga prowadząca do Masseria Spadone, przy okazji można spalić trochę kalorii po kolacji w Sauloonie i zjeść przesłodkie figi prosto z drzewa.
Na kolację udajemy się ponownie piechotą. Zamawiamy arrosticini – tradycyjne, grillowane szaszłyki z jagnięciny. Wybieramy dokładnie te, które wygrały lokalne zawody w lipcu! Przynoszą nam aż 30 sztuk na 4 osoby, a do tego puszystą focaccię i oliwę. Wychodzimy najedzeni jak bąki – na szczęście część kalorii spalimy w drodze powrotnej. Zapowiadany deszcz faktycznie lekko popadał po południu, ale nie zepsuł nam planów.
19.08.2026 (Środa) | Ferrata Ricci na wschodni wierzchołek Corno Grande
Wczesna pobudka o 5:15. Prosiłyśmy wcześniej Barbarę i jej mamę, by po prostu zostawiły nam coś na śniadanie w lodówce. Tymczasem tuż po piątej słyszymy samochód Barbary i mamę Barbary, która jest już na posterunku w kuchni! Gospodynie przygotowują dla nas prawdziwie królewskie śniadanie. Gdy już wsiadamy do auta, Barbara woła za nami, żebyśmy jeszcze zaczekali, bo właśnie rozlewa gorącą kawę do termosów.

Takie widoki przez szybę “Chiczyka” podziwiliśmy jadąc w kierunku Prati di Tivo.
Ruszamy w drogę. Przed nami cała seria zakrętów, od których robi się słabo. Nasz chiński SUV dusi się i charczy, ale jakoś prze ku górze. Na dodatek nawigacja poprowadziła nas mocno dziką trasą. Po 2,5 godziny docieramy w końcu na Prati di Tivo. Stąd wjeżdżamy kolejką gondolową na La Madonnina (2050 m n.p.m.), skąd ruszamy szlakiem w stronę schroniska Rifugio Franchetti (2433 m n.p.m.). Podejście zajmuje nam dokładnie godzinę.

Początek szlaku w kierunku Rifiugo Franchetti.


Przy schronisku zakładamy sprzęt i wchodzimy na Ferratę Ricci. Celem jest wschodni wierzchołek Corno Grande (Vetta Orientale, 2903 m n.p.m.) – niższy o 9 metrów od wierzchołka zachodniego.
Początek ferraty prowadzi po gładkiej płycie pod uskokiem skalnym. Trasa nie jest trudna technicznie, ale bywa męcząca. Wychodzimy na bardziej otwartą przestrzeń, po czym znów wchodzimy w bardziej pionowy odcinek ubezpieczony liną. Dalsza ścieżka wiedzie samą granią lub tuż pod nią. Wymagana jest ogromna czujność, bo z obu stron towarzyszy nam przepaść i duża ekspozycja. Jacek szybko narzuca swoje tempo i zostawia nas w tyle (pomachał nam jeszcze przed wejściem na grań). Idę za Agnieszką, a Iwona podąża kawałek za nami. Podejście daje w kość – od momentu wejścia na grań do samego szczytu jest jeszcze kawał drogi.





Czas mamy jednak świetny: po dwóch godzinach od wyjścia ze schroniska stajemy na wierzchołku Vetta Orientale. Na szczycie spotykamy tylko dwóch Włochów, z których każdy wszedł tu samotnie.





W drogę powrotną do schroniska ruszamy nieco innym wariantem: z grani schodzimy na lewą stronę, pokonujemy odcinek ferraty, a potem schodzimy po piargach. Tutejsze piargi są mniej uciążliwe niż w Dolomitach, choć wciąż wymagają skupienia. Zejście z schroniska Franchetti do stacji kolejki zajmuje nam około godziny. O 15:30 jesteśmy już w gondoli (ostatnia zjeżdża o 17:00, więc mamy komfortowy zapas czasu).

Powrotna trasa po górskich serpentynach dłuży się niemiłosiernie. Jacek wykazał się niezwykłą dzielnością, prowadząc nasz słabiutki samochód. W głowach wszystkim się kręci ze zmęczenia. Nasi gospodarze witają nas niezwykle serdecznie – jesteśmy siamo stanchi i to molto stanchi!

20.08.2026 (Czwartek) | Pożegnanie z Civitellą i plażowanie w Ortonie
Po śniadaniu pakujemy rzeczy i żegnamy się z Barbarą oraz jej rodzicami. Robimy pamiątkowe zdjęcie. Wszystkim zrobiło się smutno – zżyliśmy się z nimi przez te kilka dni. Aga z Iwoną spakowały się wcześniej i zdążyły jeszcze chwilę porozmawiać z gospodynią. Okazało się, że mąż Barbary jest rzeźnikiem, a ona sama przygotowuje arrosticini – najprawdopodobniej dokładnie te same, które jedliśmy w lokalnej restauracji Sauloon!
Włoskie drogi potrafią zaskoczyć. Odcinek, którym przejeżdżamy, powinien być officially zamknięty z powodu osuwiska. Najwyraźniej lokalni mieszkańcy po prostu przesunęli barierki blokujące przejazd, więc… przejechaliśmy i my. Wszyscy lekko zbladli z wrażenia, a siedząca z przodu obok Jacka Aga miała najwięcej wrażeń z tego przejazdu.
Jedziemy na plażę do miejscowości Ortona. Wzdłuż samego wybrzeża ciągnie się linia kolejowa. Na plaży znajdują się malownicze skały, dające upragniony cień. Woda w morzu jest bardzo ciepła i wyjątkowo słona – można swobodnie dryfować na plecach bez wykonywania jakichkolwiek ruchów. Po plażowaniu spacerujemy chwilę po uliczkach Ortony (obowiązkowy Aperol Spritz po drodze), a w Pescarze zatrzymujemy się na pizzę.





Odstawiamy dziewczyny do hotelu w Pescarze – jutro rano mają lot powrotny do Wrocławia. My z Jackiem rozpoczynamy drugą część naszej wyprawy i ruszamy w stronę Comino na terenie Parku Narodowego Majella.
Część II: Park Narodowy Majella i Chieti
21.08.2026 (Piątek) | Wąwóz Majella i wykwintna kolacja w skale
Mamy zarezerwowane trzy noclegi w Casa Cristina w Comino. To kolejny kameralny, rodzinny biznes prowadzony przez matkę (prawdopodobnie Cristinę), ojca i ich syna Constantina.
W naszym pokoju „Rosa” (dominacja różu całkowita!) nareszcie mamy klimatyzację. Comino leży znacznie niżej niż nasza poprzednia baza, więc upał jest tu zdecydowanie bardziej odczuwalny. Rano czeka na nas śniadanie przygotowane na stole i w lodówce. Większość turystów wpada tu tylko na jedną noc, więc ojciec Constantina nie kryje zdziwienia, że zostajemy aż do niedzieli.
Mimo odczuwalnego zmęczenia chcemy aktywnie spędzić dzień. Wybieramy trekking w chłodnym wąwozie, prowadzący leśnym cieniem wzdłuż górskiej rzeki. Szlak wije się raz bliżej wody, raz wyżej na stokach, mocno pnąc się i opadając, z kilkoma urokliwymi mostkami po drodze. Gęsty las liściasty daje wreszcie wytchnienie od skwaru. Tutejsza sieć szlaków łączy się ze sobą, pozwalając przemierzyć cały masyw Majelli z jej najwyższym szczytem Monte Amaro (2793 m n.p.m.). Podejścia z dolin na Monte Amaro wymagają jednak pokonania aż około 2000 m przewyższenia.





Po ponad 7 kilometrach marszu docieramy do niezwykłego miejsca – Eremo di San Bartolomeo in Legnio. To dawny, niewielki kościółek skalny, którego jedną ze ścian stanowi naturalny mur ze skały. Do dziś zachował się fragment dawnego portalu, a pod skalną ścianą stoi polowy ołtarz ze świętymi obrazkami, drewnianymi krzyżykami, monetami i drobnymi wotami pozostawionymi przez pielgrzymów. Obok rosną dzikie jeżyny – ich słodki smak idealnie dopełnia ten moment. Siedzimy dłuższą chwilę w ciszy z widokiem na góry, jedząc ciastka i pijąc wodę.



W drodze powrotnej przyspieszamy kroku, bo niebo znowu straszy granatowymi chmurami. Spada zaledwie parę kropel deszczu i chmury przechodzą bokiem.
Wieczorem udajemy się na kolację do niezwykłej restauracji Grotta. Z zewnątrz wygląda niepozornie jak zwykły parterowy dom, ale jej wnętrze zostało w częściowo wykute w skale. Kiedyś służyło zwierzętom. Młody kelner mówi biegle po angielsku (prawdziwy rarytas w Abruzji!) i z ogromną pasją opowiada o lokalnych winach. Zamawiamy:
- Deskę tutejszych serów (od najłagodniejszych po bardzo dojrzałe, ostre gatunki),
- Wołowinę o niesamowicie delikatnej, wręcz „budyniowej” konsystencji, która dosłownie rozpływa się w ustach,
- Królika serwowanego z jajkiem i serem w delikatnym sosie marchewkowo-szafranowym,
- Desery: tiramisu oraz tradycyjne ciasto z ricotty i cytryny.
Do tego degustujemy po dwa kieliszki lokalnego wina (białe i różowe). To była prawdziwa uczta dla podniebienia i odkrycie smaków odmiennych od klasycznej kuchni włoskiej – w Abruzji króluje przede wszystkim mięso.
22.08.2026 (Sobota) | Skały Pennapiedimonte, plaga much i zimna Ichnusa
Rozważaliśmy plan wejścia na Monte Amaro, jednak nagromadzone zmęczenie, temperatura i wizja potężnego przewyższenia skutecznie nas od tego odwiodły.
Zamiast tego jedziemy do oddalonego o 10 km Pennapiedimonte – malowniczego miasteczka spektakularnie „przyklejonego” do pionowych skał. Miejscowość liczy około 800 mieszkańców, z czego przeważającą część stanowią osoby starsze (młodzi dawno wyjechali do dużych miast). Na głównym placu stoi kościół z dzwonnicą, co w Abruzji wcale nie jest regułą. Pniemy się stromymi schodami i wąskimi uliczkami na samą górę miasteczka, gdzie znajduje się punkt widokowy i mały lokalik.




Kupujemy kawę oraz świeże cornetto. Nagle dostrzegam Constantina! Jego mama wspominała, że wybrał się dziś na trening rowerowy – rzeczywiście stoi obok w pełnym stroju kolarskim. Rozmawiamy chwilę po angielsku. Constantin zdradza, że wyjechał za pracą do Mediolanu, a w strony rodzinne wraca na wakacje, by pomagać rodzicom w prowadzeniu pensjonatu.
Po kawie ruszamy szlakiem ciągnącym się pod wapiennymi ścianami wspinaczkowymi. Przedzieramy się przez gęste zarośla i wychodzimy na główny szlak G2. Tam dopada nas prawdziwa plaga – muchy próbują pożreć nas żywcem! Sapiemy z gorąca, pot zalewa oczy, a wilgotność sięga zenitu. Nie da się nawet na chwilę zatrzymać, bo chmura owadów natychmiast obsiada każdy skrawek skóry.


Ruszamy w drogę powrotną głównym traktem. Przeszliśmy zaledwie około 4 kilometry, a jesteśmy całkowicie wyczerpani upałem. W pobliskim barze zamawiamy mocno schłodzone piwo Ichnusa (Sardynia w Abruzji!). Wypijamy po dwie butelki – od słońca i piwa aż kręci się w głowie. Próbujemy jeszcze podejścia płaskim i szerokim szlakiem G1, ale po niespełna kilometrze rezygnujemy i wracamy.


Wieczorem jedziemy na kolację do restauracji w Bocca di Valle, gdzie rezerwację zrobił dla nas Constantin. To knajpa jego znajomych, jednak jedzenie wypada dość przeciętnie na tle wcześniejszych miejsc. Arrosticini są nieco przesuszone i twarde, a deser również nie porywa.
23.08.2026 (Niedziela) | Skarby starożytności w Chieti i pożegnanie z Abruzją
Noc była chłodniejsza, dzięki czemu wreszcie solidnie wypoczęliśmy. Po śniadaniu pakujemy samochód i żegnamy się z gospodarzami. Przy okazji dowiadujemy się, że ojciec Constantina jest zapalonym piechurem górskim – szczerze nienawidzi morza, za to co roku wchodzi nocą na Monte Amaro z dolin o własnych siłach. Rzucamy na pożegnanie Ci vediamo! – być może jeszcze tu wrócimy, by zdobyć Monte Amaro i pozostałe szczyty Majelli.
Ruszamy w stronę Chieti – jednego z najważniejszych historycznie miast w całym regionie.
Miasteczko w niedzielny poranek jest zupełnie puste. Bez problemu parkujemy w pobliżu starówki. Wokół uwagę przykuwają budynki ze specyficznymi, potężnymi przyporami – to konieczność ze względu na nawiedzające ten region trzęsienia ziemi, które wymusiły specyficzną technikę budowlaną.



Pijemy kawę w klimatycznej Gran Caffè Vittoria przy Corso Marrucino – głównym deptaku Chieti. Plac Piazza San Giustino wraz z katedrą pod tym samym wezwaniem jest niemal bezludny.
Mimo doskwierającego upału ruszamy, na szczęście zacienioną aleją parku miejskiego w stronę XIX-wiecznej Villi Frigerj. Mieści się w niej Narodowe Muzeum Archeologiczne (Museo Archeologico Nazionale), będące domem dla słynnego Wojownika z Capestrano (Guerriero di Capestrano).
Kamienna rzeźba wojownika z VI w. p.n.e. robi ogromne wrażenie: ma ponad 2 metry wysokości i nosi olbrzymi kapelusz o kształcie idealnego koła. Co ciekawe, postać ma wyraźnie zaznaczone kobiece biodra i pośladki, co do dziś budzi dyskusje badaczy – czy to król Nevio Pompuledio, czy też rzeźba przedstawia kobietę-wojowniczkę?

W muzealnych zbiorach „La Civitella” (drugie muzeum archeologiczne w Chieti) zachwycają odtworzone w skali 1:1 potężne płaskorzeźby z gipsu i terakoty, połączone z oryginalnymi fragmentami, które w III i II wieku p.n.e. zdobiły dachy oraz przyczółki trzech świątyń stojących na tutejszym wzgórzu. Jedna z nich zachowała się w zdumiewająco dobrym stanie (przepiękne mury z mozaiką) – w późniejszym okresie została przekształcona w świątynię chrześcijańską.

Oprócz tego podziwiamy rzymskie mozaiki, popiersia, misterną ceramikę, dawne narzędzia medyczne, ozdoby oraz ciekawe eksponaty z epoki brązu i żelaza. W tutejszych dwóch muzeach spędzamy łącznie ponad cztery godziny. Chłodne, ciche i puste wnętrza działają kojąco.






Na pożegnalną kolację udajemy się do Osteria 35. Z ulicy rozpościera się przepiękny widok na majestatyczny masyw Gran Sasso. To moment nieco nostalgiczny, bo chwilę później trzeba już jechać na lotnisko, oddać do wypożyczalni „chińczyka” (żegnamy się z nim bez żalu) i nadać bagaż rejestrowany.
Po dziewięciu dniach spędzonych w cichych, nieturystycznych zakątkach i bez ojczystego języka wokół, na tu lotnisku jesteśmy lekko skonsternowani… Tak, do powrotów i rodaków zawsze trzeba na nowo przywyknąć. Jednak pocieszamy się tym, że Gran Sasso, Majella i cała tajemnicza Abruzja będą na nas czekać !